rękodzieło, zdjęcia, wrażenia różne
RSS
środa, 01 lipca 2009
Trochę niepoważnie, czyli PGR na nartach.

Skwar, ukrop, żar się leje z nieba, a ja przeglądam zdjęcia z zimy. Tak dla ochłody. Jakoś nie jest mi chłodniej. Raczej znowu się zagrzałam, tyle że ze śmiechu.

Otóż pewnej nocy, gdy mąż mój rodzony sapał smacznie po wyczerpującym dniu, a ja kokosiłam się, by iść w jego ślady,  nagle...niespodziewanie...jak zza węgła...zupełnie bez ostrzeżenia...znienacka zaniosłam się niepohamowanym rechotem, dzikim brechtem, prosiaczym kwikiem...Zgroza!

Mąż mój, co zupełnie uzasadnione, zerwał sie na nierówne nogi ( nie, że mąż mój ma jakieś  fizjologiczne wady, tylko, że z przerażenia usidł na łóżku po turecku) i zapytał nieprzytomnie acz konkretnie: "Oszalałaś?".

Jeśli ktoś mnie zna, to wie, że  jestem dość stabilna emocjonalnie i póki co mieszczę się w normie...raczej...:)   Dlatego też nie obraziłam się, bo to nie było stwierdzenie tylko pewnego rodzaju niepokój. Jeżeli już ktoś zakłóca ciszę nocną w naszym domu, to nie ja i nie będę też wskazywać językiem kto i dlaczego mój mąż. Ja nie potrafię chrapać.

Do rzeczy...gdy już należycie wymasowałam przeponę, opowiedziałam mojemu współspaczowi, co mnie tak rozbawiło. Otóż przypomniało mi się zdjęcie z naszej rodzinnej wyprawy na narty biegowe w Jakuszycach. Dla kogoś, kto nie odpoczywa w ten sposób trudno na pierwszy rzut oka zrozumieć, o co tyle śmiechu. Jednak ci, co szaleją na jakuszyckich szlakach podzielą moje rozbawienie.

Powszechnie wiadome jest, iż do jazdy na wszelakich nartach potrzebny jest stosowny sprzęt. Oczywiśćie i my o tym wiemy. Różnica w wiedzy tej polega raczej na "historyczności" zrozumienia tematu. Współcześni narciarze biegowi stosują aerodynamiczne kombinezony (najczęściej czarne, przy ciele), gogle, przewiewne czapeczki i rekawiczki, najlepiej markowych firm, nie wspominając o nartach i kijkach z tworzyw mega nowoczesnych. Przy pasie noszą niewielkie torebeczki na artykuły niewiadomego rodzaju. Podejrzewam, że na napój energetyczny, bądż skibkę krzepiącej czekolady. 

Jakże odmienny stylowo prezentowaliśmy obraz!!!  Wręcz przepaść kulturowa!  Anachronizm!  Narciarska epoka kamienia łupanego!  Rej na zimowisku!  W najlepszym przypadku uboga rodzina z PGRowskiej ubojni drobiu "EXODUS" w Konotopie Dolnym!

I właśnie te skojarzenia spowodowały mą nadpobudliwość emocjonalną.

Aby w pełni zrozumieć cały tem wywód, należałoby zamieścić jakiś dokument. A i owszem, jeno muszę poczekać na wsparcie, bo znowu pojawiły się problemy z wrzuceniem zdjęcia. Wsparcie właśnie grasuje na mieście i zmuszona jestem uczyć Was i siebie cierpliwości. Aby oszczędzić nam wszystkim czasu opiszę po trosze owy dokument.

Na fotosie :) widnieje mój rodzony mąż i jego żona. Wyglądamy na zadowolonych, zrelaksowanych i nieświadomych, jak to bywa w ubojniach drobiu. Mąż odziany jest w kombinezon z epoki Gagarina, czarny a jakże! , w stylu: "prawie jak profecjonalny...", zakupiony w celach roboczych w sklepie o wątpliwej marce.  Ponieważ pogoda była zimowa, jak to bywa w górach w styczniu, mąż mój rodzony zadbał o ochronę szyi i część kołnierzową związał troskliwie starą sznurówką, aby zapobiec wiatrowym podwiewom. Całość wieńczyła solidna wełniana czapeczka, zdecydowanie nieprzewiewna, jak znalazł w góry, tylko te koło Indii.

O mnie pisać się nie godzi, jednak muszę dopełnić obrazu naszej ignorancji narciarskiej.

Moje odzienie sportowe stanowiła obszerna kurtka rozmiar XXXL, przemakalna, ale zdecydowanie przewiewna. Rękawy do tego stopnia nie krępowały ruchów, że mogłam swobodnie wepchać w nie termos i  butelkę wody. W momentach silniejszych podmuchów czułam zimną bryzę na rozgrzanym kręgosłupie.

 Za przykładem głowy domu, też zadbałam o szyję i opatuliłam się półtorametrowym kłującym szalikiem. Czapeczkę pożyczyłam od mojej córci, która nie wiedzieć czemu, wcale nie upierała się, aby w niej wystąpić na zimowym urlopie. Było mi ciepło, przytulnie, swojsko, tym bardziej, że nogi grzały mi ortalionowo-waciakowe spodnie typu alladynki (ostatnio ponoć krzyk mody !),takie z gumka na dole, tyle, że za krótkie. Jednak mając  za sobą lata praktyki, niestraszne mi takie przeszkody. W celach ochronnych założyłam długie skarpety frotte w kratkę, prezent gwiazdkowy od mężą.

 Muszę tu koniecznie wspomnieć o butach narciarskich z przełomu wieków ( XIX / XX), spadek po nieżyjącym już przyjacielu, rozmiar 41 (ja noszę 39) : jasna skórka, sznuróweczki i wiązania podobne do  obecnie panujących  otwieraczy na puszkach. Jedyny plus tych butów, to to, iż nie uwierały w palce. Przyznaję, że budziły nieco zainteresowania, szczególnie, gdy  w schronisku Orle okazało się , iż prawie takie same wisiały jako obiekt muzealny nad kominkiem.

Żeby ów obraz był pełen, koniecznie muszę wspomnieć o moich przypalonych przy kominku rękawiczkach. Takich jasnych, wręcz odblaskowych. W razie poślizgów czasowych na trasie byłam zabezpieczeniem przed ciemnością.Już nie będę mówić o rozklejonej narcie i ciężkich plecaczkach pełnych rzeczy pt.: "W razie W".

I to by było na tyle. O naszych córkach nie piszę, bo nie chcę rzucić cienia na ich życiorys. Już czuję, że będą mi wdzięczne :)

Kochani, ocieram łzy radochy i wzruszenia. No przyznajcie, czy gdyby nasza rodzina była przepisowo ubrana, to czy miałabym teraz o czym pisać? I tu rodzi się głeboka myśl : " Skromnie lecz radośnie !"  

 

 

 Skromni ale szczęśliwi... po raz ostatni aż tak skromni :))

 

Oto obiekt muzealny w pełnej krasie :) Obiecałam sobie, przy świadkach, że to mój ostatni występ w tym zabytku. Jakoś nie marzę, by zostać legendą jakuszyckich szlaków.

Radość na obliczu i siniaki na... przed chwilą zjeżdżałam na siedząco w obawie przed utratą zycia.

17:23, kasieq1969
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 08 czerwca 2009
Bajka o gotowanych kolczykach

Niedawno, niedawno temu, gdy okazało się, że brakuje mi materiału do pracy twórczej, przyszedł mi do głowy ciekawy pomysł. Gosi M pozostał "wagonik" kółeczek z  różowej masy perłowej, które samotne i zgnębione marzyły, aż ktoś je przygarnie pod strzechy. Ja zaś tęskniłam za klejem, serwetkami i brudnymi łapami. Tak więc jakiś cudem, obie te tęsknoty spotkały sie pewnego dnia we wrzątku przy kuchence.

Ileż było radosci, gdy okazało się , iż ów bielizniany róż odchodzi w niepamięć wraz z parą...

ooooo, resztę bajki za kilka dni, bo jadę na konferencję..... do napisania Kochani.  cmok cmok :)))

No, już jestem. Było niezwykle, wesoło, czasem tajemniczo, czasem poważnie, ale co najważniejsze, to jakoś tak blisko nieba...  Bóg jest naprawdę zachwycający !

A co do bajki.... Otóż owego dnia, gdy szczęśliwie zlazł...........................Znowu muuuszę przerwać, bo znowu wyjeżdżam. Sorry. :((  see you soon :))

Już jestem. Wróciłam. Tym razem balowałam na pikniku nad Odrą.

 W tej chwili po domostwie galopuje stado tych, co łakną i pragną piłkarzyków bardziej niz sprawiedliwości. Ja jakoś nie podzielam tych pragnień i ulotniłam się po angielsku.

Tak więc, gdy wygotowało się większość majtkowego różu, potraktowałam kółeczka drucianą myjką do naczyń, by na zawsze usunąć nawet niewielkie znamiona jadowitego koloru. Potem to już sama przyjemność, czyli naklejanie serwetek. Jeszcze tylko Gosieńka dokona "powiesin" na srebrnych zawieszkach i gotowane kolczyki gotowe do użycia (spożycia:).

Niestety, ta bajka nie jest ilustrowana, bo zapomniałam udokumentować moich poczynań:(  Jeżeli ktoś będzie zainspirowany do podobnych manewrów kulinarno-twórczych, to służę radą i niewielkim doświadczeniem.

Kolczyki można skosztować na stronce Gosi M (w moich zakładkach kliknij: Gosiula).

 Pozdrawiam i życzę smacznego :)

 

08:13, kasieq1969
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 19 maja 2009
Kolczykowy decoupage.

           A zaszaleję i wrzucę jeszcze próbki kolczyków z masy perłowej, potraktowane techniką serwetkową.

Dla niewtajemniczonych spieszę z wyjaśnieniem, iż  na owych kółeczkach przykleiłam zwykłe serwetki "okołoobiadowe". To oczywiście nie oznacza, że po posiłku zrobiłam stosowny użytek z tych kolorowych papierków , a potem miejsca nieskalane przylepiłam do surowej biżuterii. O nie, przenigdy zaś azaliż :)  Wszystko działo sie godnie i ze drżeniem.

Tak więc....kurcze !!!! już trzy razy zabiłam tę  muchę, a ona ciągle lata... przepraszam za zakłócenia, ale naprawdę ten insekt, czy jak mu tam, nie pozwala mi rozwinąć literackich skrzydeł :(    

Tak więc, może jednak zaprezentuję me dzieło, by potem z lubością oddać się polowaniu na skrzydlatego intruza :)

 

 

 

 

 

Już jest jutro, tzn piszę dziś, ale nie będę robić nowego wpisu, gdyż muszę poskarżyć sie na tę obleśną muchę. Nie dość, że dalej żyje, to jeszcze jest większa.

Jak w szkole było o muchach, to ja byłam chyba chora i nie wiem czy one tak mają, że nawet zabite latają. Głupia ta mucha, nie potrafi czytać i pcha się do ekranu... no ale widzi i może jej sie podobają moje decoupagowe cudeńka?  Może ona wcale nie jest taka głupia...?

22:14, kasieq1969
Link Dodaj komentarz »
Apjat dachówkowo.

 

     Tworzenie boli ! Nawet przy tak trywialnym zajęciu, jak pisanie nowej notki można doświadczyć traumy twórczej. Właśnie takową przeżywam po przypadkowym skasowaniu sobie dwóch akapitów. A taka dumna byłam z siebie... Ale nic to, powtórzę, iż pewnego pochmurnego dnia popełniłam aż siedem dachówek. Wszystko fajnie, klejenie to sama radość, dopóki nie  nadejdzie pora malowania napisów takim cieniusieńkim pędzelkiem. To jest właśnie ból w moim przypadku! :(  Dachówki mają porowato-wredną strukturę i ciężko je ujarzmić tak delikatnym narzędziem.

No cóż, poeci wypłakują oczęta, muzykom puchną paluszki, malarze cierpią na skoliozę a fryzjerzy na żylaki... Wszystko ma swoją cenę. Z tego wszystkiego wolę walkę z porowatością !

 Krótki przepis na makaron. 

 

 

 Tę dachówkę dedykuję dziś sobie samej, za zmagania z nieprzewidywalnym komputerem.

 

 A to dla Ciebie, dobry człowieku, który dotarłeś aż tutaj :))

 

 

No właśnie !

16:48, kasieq1969
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 maja 2009
40 lat minęło...

 

Jestem już dużą dziewczynką, dojrzałą lecz nie przejrzałą:)) Alleluja!!!  I tak też się czuję. Może dlatego,że przebywam częściej z prawdziwą młodzieżą niż z takimi jak ja: młodymi inaczej.

Na okoliczność mojego święta, postanowiłam ulotnić się z pola widzenia tych, którzy ze szczerego serca mogliby chcieć ze mną świętować tę znamienitą chwilę. Oczywiście, biję się w piersi, iż  ucieczka ta nosi, zaiste, znamiona egoizmu, egocentryzmu, samowoli i hulactwa. Jednak nie takam straszna, gdyz mój rodzony mąż wystawił mi stosowną przepustkę na trzy dni. Przyznaję, iż ani trochę nie miałam ochoty na pieczenie, gotowanie, sprzatanie i latanie przy gościach w moje własne święto.

Choć generalnie amerykański model życia w wielu aspektach mi nie odpowiada, to w przypadku urodzinowych niespodzianek Amerykanie mają świetny pomysł na "surprise!!!!!!!!!!!!!" : wszystko gotowe, udekorowane, upieczone i obsłużone. Jubilat tylko wybałusza gały i kwiczy ze szczęścia:))

Ja zmodyfikowałam nieco ten zwyczaj i wybałuszałam gały oraz kwiczałam z zachwytu w Tatrach. Uciekłam tam z Agunią O, żeby podziwiać krokusy w Dolinie Chochołowskiej. Ale była jazda !

Widziałyśmy żywe, nie dmuchane ani oswojone, niedzwiedzie i to aż trzy : matulę z dzieciętami!!! Miałam takiego pietra,że zrobiłam nieostre zdjęcia:(  No, lepsze to niż nic i przynajmniej widać, że nie ściemniam.

Narobiłyśmy wagon zdjęć krokusom, sobie i krokusom, górom i krokusom, krokusom z dołu, z góry, z boku i nieopodal. Słowem: sporo.

Może resztę pokażę na zdjęciach.

 Oto mamusia misiowa," troszkę" niewyrażna, bo nie łykała rutinoscorbinu. Wybaczam jej :) 

Grozą wiało jeszcze bardziej, gdy niedzwiadki pomrukiwały jak z filmów na Discovery.

Zmagania wiosny z zimą tuż przed Doliną Chochołowską.

Nie deptać krokusów! Wcale nie było to łatwe.

 

Piękne,co?

To był odjazd !!!

To już Dolina Chochołowska.

Chochołowska w pełnej krasie. Ceprów tam było jak mrówków...albo krokusów, jeno mieli szlaban na wałęsanie się po polanie.

 

Z okna stareńkiej bacówki.

 

"Karczma po zbóju" czyli uroczy zakątek kulinarny, gdzie przyszło nam posilić się czymś plaskatym tzn. nie tak suchym jak kanapki. Początkowo chciałyśmy zalec na tych pozbójowych wyrkach, ale istniało niebezpieczeństwo polania się wrząca zupą.

Portki po zbóju. Zaiste uroczy zakątek!  Swojsko aż boli :)

 

Menu dostarczyło nam radości po pachy :))

Niektóre propozycje kulinarne musiałam czytac po angielski, bo po zbójnicku ni w ząb. Istnała obawa, iż z powodu luk lingwistycznych mogłybyśmy zamówic golonę z peruką, badz sagan piwa. Po czymś takim z pewnością nie dostałabym już od rodzonego męża przepustki np. na moją 80 tkę.

A tak górole godoją na filety z kurczaka. Prawda, że wdziecznie!?  To zdjęcie dedykuję moim dobrze wychowanym  córkom, których wrażliwe uszy cierpią, gdy w sklepie proszę o dwie piersi.  No to zobaczcie Maluchy, jak  na to mówią górale :)     Serdeczności od Matuli !

16:38, kasieq1969
Link Dodaj komentarz »
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7