rękodzieło, zdjęcia, wrażenia różne
RSS
wtorek, 19 maja 2009
Kolczykowy decoupage.

           A zaszaleję i wrzucę jeszcze próbki kolczyków z masy perłowej, potraktowane techniką serwetkową.

Dla niewtajemniczonych spieszę z wyjaśnieniem, iż  na owych kółeczkach przykleiłam zwykłe serwetki "okołoobiadowe". To oczywiście nie oznacza, że po posiłku zrobiłam stosowny użytek z tych kolorowych papierków , a potem miejsca nieskalane przylepiłam do surowej biżuterii. O nie, przenigdy zaś azaliż :)  Wszystko działo sie godnie i ze drżeniem.

Tak więc....kurcze !!!! już trzy razy zabiłam tę  muchę, a ona ciągle lata... przepraszam za zakłócenia, ale naprawdę ten insekt, czy jak mu tam, nie pozwala mi rozwinąć literackich skrzydeł :(    

Tak więc, może jednak zaprezentuję me dzieło, by potem z lubością oddać się polowaniu na skrzydlatego intruza :)

 

 

 

 

 

Już jest jutro, tzn piszę dziś, ale nie będę robić nowego wpisu, gdyż muszę poskarżyć sie na tę obleśną muchę. Nie dość, że dalej żyje, to jeszcze jest większa.

Jak w szkole było o muchach, to ja byłam chyba chora i nie wiem czy one tak mają, że nawet zabite latają. Głupia ta mucha, nie potrafi czytać i pcha się do ekranu... no ale widzi i może jej sie podobają moje decoupagowe cudeńka?  Może ona wcale nie jest taka głupia...?

22:14, kasieq1969
Link Dodaj komentarz »
Apjat dachówkowo.

 

     Tworzenie boli ! Nawet przy tak trywialnym zajęciu, jak pisanie nowej notki można doświadczyć traumy twórczej. Właśnie takową przeżywam po przypadkowym skasowaniu sobie dwóch akapitów. A taka dumna byłam z siebie... Ale nic to, powtórzę, iż pewnego pochmurnego dnia popełniłam aż siedem dachówek. Wszystko fajnie, klejenie to sama radość, dopóki nie  nadejdzie pora malowania napisów takim cieniusieńkim pędzelkiem. To jest właśnie ból w moim przypadku! :(  Dachówki mają porowato-wredną strukturę i ciężko je ujarzmić tak delikatnym narzędziem.

No cóż, poeci wypłakują oczęta, muzykom puchną paluszki, malarze cierpią na skoliozę a fryzjerzy na żylaki... Wszystko ma swoją cenę. Z tego wszystkiego wolę walkę z porowatością !

 Krótki przepis na makaron. 

 

 

 Tę dachówkę dedykuję dziś sobie samej, za zmagania z nieprzewidywalnym komputerem.

 

 A to dla Ciebie, dobry człowieku, który dotarłeś aż tutaj :))

 

 

No właśnie !

16:48, kasieq1969
Link Komentarze (1) »
niedziela, 03 maja 2009
40 lat minęło...

 

Jestem już dużą dziewczynką, dojrzałą lecz nie przejrzałą:)) Alleluja!!!  I tak też się czuję. Może dlatego,że przebywam częściej z prawdziwą młodzieżą niż z takimi jak ja: młodymi inaczej.

Na okoliczność mojego święta, postanowiłam ulotnić się z pola widzenia tych, którzy ze szczerego serca mogliby chcieć ze mną świętować tę znamienitą chwilę. Oczywiście, biję się w piersi, iż  ucieczka ta nosi, zaiste, znamiona egoizmu, egocentryzmu, samowoli i hulactwa. Jednak nie takam straszna, gdyz mój rodzony mąż wystawił mi stosowną przepustkę na trzy dni. Przyznaję, iż ani trochę nie miałam ochoty na pieczenie, gotowanie, sprzatanie i latanie przy gościach w moje własne święto.

Choć generalnie amerykański model życia w wielu aspektach mi nie odpowiada, to w przypadku urodzinowych niespodzianek Amerykanie mają świetny pomysł na "surprise!!!!!!!!!!!!!" : wszystko gotowe, udekorowane, upieczone i obsłużone. Jubilat tylko wybałusza gały i kwiczy ze szczęścia:))

Ja zmodyfikowałam nieco ten zwyczaj i wybałuszałam gały oraz kwiczałam z zachwytu w Tatrach. Uciekłam tam z Agunią O, żeby podziwiać krokusy w Dolinie Chochołowskiej. Ale była jazda !

Widziałyśmy żywe, nie dmuchane ani oswojone, niedzwiedzie i to aż trzy : matulę z dzieciętami!!! Miałam takiego pietra,że zrobiłam nieostre zdjęcia:(  No, lepsze to niż nic i przynajmniej widać, że nie ściemniam.

Narobiłyśmy wagon zdjęć krokusom, sobie i krokusom, górom i krokusom, krokusom z dołu, z góry, z boku i nieopodal. Słowem: sporo.

Może resztę pokażę na zdjęciach.

 Oto mamusia misiowa," troszkę" niewyrażna, bo nie łykała rutinoscorbinu. Wybaczam jej :) 

Grozą wiało jeszcze bardziej, gdy niedzwiadki pomrukiwały jak z filmów na Discovery.

Zmagania wiosny z zimą tuż przed Doliną Chochołowską.

Nie deptać krokusów! Wcale nie było to łatwe.

 

Piękne,co?

To był odjazd !!!

To już Dolina Chochołowska.

Chochołowska w pełnej krasie. Ceprów tam było jak mrówków...albo krokusów, jeno mieli szlaban na wałęsanie się po polanie.

 

Z okna stareńkiej bacówki.

 

"Karczma po zbóju" czyli uroczy zakątek kulinarny, gdzie przyszło nam posilić się czymś plaskatym tzn. nie tak suchym jak kanapki. Początkowo chciałyśmy zalec na tych pozbójowych wyrkach, ale istniało niebezpieczeństwo polania się wrząca zupą.

Portki po zbóju. Zaiste uroczy zakątek!  Swojsko aż boli :)

 

Menu dostarczyło nam radości po pachy :))

Niektóre propozycje kulinarne musiałam czytac po angielski, bo po zbójnicku ni w ząb. Istnała obawa, iż z powodu luk lingwistycznych mogłybyśmy zamówic golonę z peruką, badz sagan piwa. Po czymś takim z pewnością nie dostałabym już od rodzonego męża przepustki np. na moją 80 tkę.

A tak górole godoją na filety z kurczaka. Prawda, że wdziecznie!?  To zdjęcie dedykuję moim dobrze wychowanym  córkom, których wrażliwe uszy cierpią, gdy w sklepie proszę o dwie piersi.  No to zobaczcie Maluchy, jak  na to mówią górale :)     Serdeczności od Matuli !

16:38, kasieq1969
Link Dodaj komentarz »