rękodzieło, zdjęcia, wrażenia różne
RSS
piątek, 26 listopada 2010
Przeprowadzka

No i się narobiło!

Muszę, nie muszę się przenieść na bloggera. Ponoć tam jest łatwiej ...ponoć...

Póki co nie jest łatwiej, a chociażby z tego powodu, że nie potrafię przenieść niektórych postów, z którymi jestem emocjonalnie zżyta :((  Serce boli, dusza krwawi, komputer się buntuje, Aga znowu nękana...

Idzie nowe...jak przylezie tak na dobre, to wrzucę tu nowy link :))

Pozdrawiam rozdarta blogowo.  Ja

13:25, kasieq1969
Link Dodaj komentarz »
piątek, 21 maja 2010
Pamiętam, pamiętam.

 

Aga znowu mnie wkopała!

Ta kobieta niezmordowanie czuwa nad moim rozwojem  komputerowym. Tym razem kazała mi przeorać pamięć komputera i wydłubać najstarsze zdjęcie jakie ten sprzęt zarejestrował w swych zwojach, czy jak im tam....

Ja się ze starszymi kłócić nie będę... ( tu zemściłam się nieelegancko...tylko Aga wie dlaczego :))

I znalazłam, a jakże!  Zdjęcie pochodzi chyba z 2005 roku i ktoś nam je pstryknął tuż przed pewnym traumatycznym wydarzeniem, jakie mało miejsce na Solinie, w moich ukochanych Bieszczadach.

Byliśmy tam całą zgrają na kanikułach. Tych kilkadziesiąt dusz, pomimo wzajemnej miłości i szacunku, ścigało się w polowaniu na kajaki, rowery wodne i inne sprzęty do niezamaczania odwłoków. Nam, jak widać poniżej, pewnego dnia udało się opanować canoe.

Radość niezwykła, szczególnie, że dwóch silnych panów na pokładzie stanowiło dla mnie gwarancję relaksu i bezpieczeństwa.

Tak więc zakokosiłam się wygodnie na rufie (to chyba tył..), zabezpieczyłam oblicze swe przed zwęgleniem i  oddałam się błogiemu lenistwu.

Jak widać na fotosie, mąż mój rodzony- ten w geście dyrygenckim, również cieszy się życiem.

Remiś, równie wyluzowany, wykazuje jednak pewnego rodzaju trzeźwość i czujność.

W takim składzie podziwialiśmy bieszczadzkie widoki, od czasu do czasu uwieczniając je na nowoczesnym na owe czasy, aparacie cyfrowym. Aparat ten był na chwilę własnością Remika i miał przykazane od właścicielki, by z drżeniem strzec go jak oka w głowie, własne dziecko, portfel czy inne skarby rodowe.

Wyprawa mijała w miłej atmosferze, przy lekkostrawnych  dowcipach, zabawnych spostrzeżeniach i niegroźnych uszczypliwościach. Jednak mąż mój rodzony, stworzony jest do aktywnego wypoczynku, więc zaproponował, byśmy się zamienili miejscami, gdyż będzie mu łatwiej wiosłować i zarazem spozierać na piękno flory i fauny.

Nie bez problemów, ale jednak dokonaliśmy tej karkołomnej zamiany miejsc na środku zalewu. Canoe, jak zapewniał pan od sprzętu, miało być stabilne i niewywrotne. Po tych akrobacjach, stwierdziliśmy zgodnie, że nie kłamał.

Wyprawa nadal mijała w miłej atmosferze, w rytm plusku wioseł i wśród świergolącej ptaszyny.  Jednak mąż mój rodzony, stworzony jest do aktywnego wypoczynku, więc po pięciu minutach w miarę spokojnego siedzenia, poczułam jakąś  niepokojącą kotłowaninę, szamotanie, kołysanie iiiiiiiii....

Kątem oka zauważyłam męża mojego rodzonego, który w stroju Adama, wykonał  niezwykle efektowny skok na główkę w solińskie odmęty!!!   A że dyscyplina ta z reguły wykonywana jest przy wsparciu solidnej trampoliny, tak też i mąż mój posiłkował się tylną częścią stabilnego canoe.

Z pewnością i wynurzenie było równie efektowne, jednak tym razem nie było nam dane podziwiać zwieńczenia skoku. Oboje z Remikiem zażyliśmy odświeżającej kąpieli, z tym, że ja gratis miałam doliczone sporty extremalne pod  wywróconym do góry dnem stabilnym kajakiem.

Jakoś tak szybko znudziłam się podwodną zabawą, bo oświeciło mnie, że to ja ostatnia miałam w rękach fotograficzny klejnot. Cudem znalazłam aparat obok mnie w wodzie. Potem jeszcze znalazł się jeden sandał Remika, ubranko mojego męża rodzonego i butelka wody mineralnej.

Jakież było zdziwienie i niedowierzanie na twarzy mego wybranka, gdy już  półprzytomni z nadmiaru wrażeń, dopłynęliśmy do suchego lądu. Z minką zakłopotanego łobuza, miły mój wyznał szczerze, że pragnął jedynie odrobinę nas przestraszyć.

No cóż, może nie odrobinę, ale udało mu się i jak to niezwykle trafnie podsumował Remiś: "Dogłębnie!"

 

 

 

 

 

 

 

 

 

19:42, kasieq1969
Link Komentarze (2) »
sobota, 06 marca 2010
Rzecz o mężu rodzonym.

Proszę Wycieczki !

Dziś odbędziemy lekcję poglądową na temat szyszkarstwa "czubkowego" w lubuskiem. Proszę nie mylić tej bardzo niebezpiecznej pracy z jesiennym hobby zbierania szyszek pod drzewami. To pierwsze nosi znamiona wyczynu, bohaterstwa i odwagi, w odróżnieniu od drugiego, które nie dzwiga raczej żadnych walecznych znamion.

Pisałam już tyle o mojej zwierzynie domowej, że aż się nie godzi. Dlatego nadeszła już pora,by odśpiewać stosowną odę ku czci jednego z niewielu przedstawicieli tego fachu w naszym kraju.

Aby parać się pracą szyszkarza, należy posiadać stosowne kursy wysokościowe, badania lekarskie, sprzęt i stabilną emocjonalnie rodzinę. Tu nieskromnie wspomniałam  między innymi o sobie...:)

Zajęcie to,choć bardzo męczące, niebezpieczne i wymagające mega krzepy, stanowi dla męża mego rodzonego pewnego rodzaju rozrywkę oraz oderwanie od pracy umysłowo-duchowej. Gdy zbliża się sezon, co zwykle przypada na miesiące zimowe, mąż mój ożywa, rumieni się i wykazuje nadpobudliwość ruchową.

A po co komu taka praca? A po nasiona, proszę Wycieczki! Bo w szyszkach chowają się całe lasy! Dlatego należy je  zrywać ze specjalnie wyselekcjonowanych drzewostanów nasiennych. Ot co !

Tak więc, jak już powyżej wspomniałam, podstawą oraz zapleczem dla wzorowego szyszkarza  jest mądra, stabilna i zdrowa psychicznie rodzina, której pod żadnym pozorem nie należy zabierać  do "zakładu pracy" w celach poznawczych.  A czemu?  No a temu, żeby nie zburzyć tej stabilnej struktury, która jest silna jak stal tylko w warunkach błogiej nieświadomości.

Za chwilę, jeśli jeszcze nie zapomniałam jak się ładuje zdjecia, zamieszczę kilka fotosów z wyprawy poglądowej w zielonogórskie knieje, gdzie pracował, trudził się i zarabiał na chleb mąż mój rodzony, szyszkarz jakich mało !!!

Oto On:

Tędy, proszę Wycieczki !

To wszystko trzeba włożyć na siebie...

Nieletni kawałek Szanownej Wycieczki na szkoleniu szyszkarskim "w pigułce" :)

Trochę zajęć plastycznych.

Szpilki dla facetów.

Zaczyna się część zasadnicza.

Lizie...

Odpoczywa i spoziera.

Dalej lizie...

Wlazł! Alleluja!!!

"Stabilne wsparcie" przeżywa kryzys stabilnego wsparcia :)

Hymn pochwalny w wykonaniu Tadeusza ku czci Tego, co tyle samo razy zlazł, co wlazł !!!

A to doprawdy jest wyczyn!

Wszystkim, którzy pragną czegoś więcej w branży powyższej, polecam stronkę poświęconą tzw. nadrzewnym wiewiórkom ( po czesku: drewokocur). Proszę w moich znajomych szukać: Szyszkarze.

I jeszcze jedno, bardzo ważne : dziękuję rodzince Styczyńskich za udostępnienie mi ich zasobów fotograficznych. Wracajcie hop, hop !!!

 

 

20:13, kasieq1969
Link Komentarze (1) »
piątek, 12 lutego 2010
Musli Matuli.

 

Tak szczerze, to wcale nie moje, tylko Nancy, która już lata całe para się wyrobem tych pyszności. Kto nie zna Nancy, niech żałuje!

Kobieta to odważna,misjonarka, Amerykanka osiadła na Pomorzu, żona przesympatycznego gawędziarza- Polaka, matka piątki dzieci, mieszkająca w chałupie drewnianej ściągniętej z głębokiej Galicjii, fanka homeschoolingu, przeciwniczka wszelkich szczepionek i zwolenniczka naturalnych metod leczenia. Uff, pewnie i tak zapomniałam o wielu zaletach dzielnej Nancy, ale przynajmniej macie teraz jakieś blade pojęcie o autorce musli.

Dziś i mnie przypadł ten zaszczyt propagowania zdrowotnej zarazy. A niech się rozłazi !!!

Ze zrobieniem musli jest może trochę zachodu, ale warto. Najnudniejsze w całej procedurze jest prażenie specyfiku w piekarniku...oooooo czuję sztukę.....czy i wy też słyszycie szept poezji ? No dobrze, idę dalej... Otóż, generalnie robota polega na mieszaniu, gmeraniu, bełtaniu i podejrzliwym zaglądaniu  do wnętrza kuchenki. Jak ktoś ma problem z nieufnością, to to zajęcie tylko wzmocni jego przypadłość.

Może ja już podam przepis, bo jakoś tak niebezpiecznie oddalam się od myśli głównej mojej nowej notki. Tak więc:

proszę przygotować sobie mega miskę i takowoż pokazne mieszadło. Do miski wsypujemy:

4 paczki płatków owsianych górskich

2 szkl. zarodków pszennych

1 szkl. słonecznika

1 szkl. orzechów (wszystko jedno jakich, byle nie spleśniałych :)

2 szkl. wiórków kokosowych

1 szkl. siemienia lnianego

1 szkl. sezamu

2 łyżki cynamonu

To wszystko wymieszać w owej misce.

A teraz w garnku proszę rozpuścić 1,5 szkl. oleju i 1 szkl. miodu ( słoik jak po dżemie, to najprościej i nie trzeba przelewać do szklanki, żeby sprawdzić).. Nie gotować! Teraz to, co w garnku należy wlać do mega miski i dokładnie wymieszać. Proste, prawda?

Orzechy najlepiej smakują, gdy są "obierane mężem".

Tu następuje moment przełomowy, bo zabieramy sie za najnudniejsze zajęcie całego procesu- zaczynamy prażenie!

Piekarnik nastawiamy na 150 stopni i wsypujemy na blachę ok 1cm tego, co w misce. Oczywiście ten centymetr, to tak na oko. Chodzi o to, żeby nie było za dużo, bo się kiepsko upraży. Jeśli jakiś szczęśliwiec ma termoogieg, wówczas można za jednym razem zmęczyć dwie blachy naraz. Ważne, żeby od czasu do czasu podglądnąć ziarenka, czy nie płaną  :) Taka porcja siedzi w piekarniku około 15 minut. Wyjmujemy, jak  ziarenka są rumiane (nie brązowe, bo wtedy są gorzkie) i bardziej sypkie niż w misce.

Gdy już wszystko uprażymy, gdy wszystko wystygnie i mamy po uszy matulowego musli, wówczas dodajemy rodzynki ( nie można ich prażyć, bo będą suche, czarne i gorzkie) i co tam kto uważa za stosowne np. kandyzowane owoce.

I to wszystko! Prawda, że żadna sztuka? Teraz można wcinać z jogurtem, mlekiem i na sucho, zamiast cukru z cukierniczki , gdy w domu deserowa posucha :) Musli przechowuje się doskonale w puszkach, słojach i innych mega pojemnikach, bo wychodzi tego dość sporo.

Finał ze złodziejem w tle.

 

 

08:31, kasieq1969
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 04 lutego 2010
Wiosenne porządki

 

 

To nic, że za oknem Grenlandia.

Psy nawet nie wysilają się, by załatwiać swe potrzeby w zaciszu leśnych krzaków. Radzą sobie u wejścia w nasze skromne progi.

Drewno się nam kończy. Samochód tęskni za wiatą. Panowie śmieciarze nie zabierają czasami śmieci, bo nie chcą przemoczyć kaloszy grzęznąć w śniegu.

Mój rodzony mąż musi co jakiś czas strącać śnieg, bo ponoć na każdym metrze sześciennym dachu, w tej chwili, leży około tony tego czegoś, na co już nie mogę patrzeć !!!

Ostatnio pług zakopał się nieszczęśliwie, niosąc nam ratunek.

A ponoć to i tak pikuś w porównaniu np. z Bieszczadami. Tak więc nie ma co ględzić. Jak jest ciepło, światło i jesteśmy razem zdrowi, to znaczy: jest dobrze:)

Dlatego postanowiłam zaszaleć i w zimowym amoku pomalowałam pokoje dziewczynek, kuchnię, salon i sufit w łazience. A to wszystko po to, żeby wiosną nie tracić czasu i pogody na remonty.

Jestem z siebie dumna, choc bolą mnie gnaty i mam koszmary nocne z pędzlami w roli głównej.

A znowu decoupage na ścianie. Tym razem u dziewczynek.

Czy to nie jest dobry pomysł? Kochani, nie marnujmy zimowych wieczorów na wycie do księżyca za wiosną!!! ŁAPMY ZA WAŁKI, SZMATY, GĄBKI I ODWALMY PORZĄDKI WIELKANOCNE W LUTYM!!!

No właśnie, jakiś taki manifeścik mi wyszedł, hi hi :)

Zdjęć dokumentalnych nie zamieszczę, bo w ferworze pracy nie chciałam upaprać córce aparatu. I tak zaciapkałam CD, telefon i radio. Wystarczy tych porządkowych zniszczeń :)

Dobrze, już się oddalam, bo z przemęczenia bredzę.

Dziękuje za uwagę. Dobranoc.

PS. A jednak... coś tam zamieściłam, bo jakoś łyso bez obrazków :)

 

 

20:00, kasieq1969
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 7